Book reviews

May 13, 2019

B. Łagowski Państwo znikąd Fundacja Orato Recta Warszwa 2017, ss. 334

Jednoznaczne określenie ogólnej filozofii Bronisława Łagowskiego w ramach konkretnego, ustalonego kręgu filozoficznego nie jest możliwe. W swoich pismach bardzo często reprezentuje on stanowisko własne, niezależne, co w konsekwencji daje autorską mieszankę poglądów konserwatywnych i nowoczesnych, zachowawczych, liberalnych i postępowych. Mimo to, postać Łagowskiego często łączona jest ze środowiskiem konserwatywnym, a książka „Państwo znikąd” pozwala czytelnikowi pogląd ten mocno zrewidować. Poniższa recenzja „Państwa znikąd” ma zwrócić uwagę na wybrane refleksje filozofa w kontekście myśli konserwatywnej. Zagadkowy tytuł książki wyjaśnia sam autor pisząc, że gdyby chciał opisać dzisiejszą Polskę i pokazać skąd się ona wzięła podałby dwa słowa kluczowe: kontrrewolucja i restauracja. Polska, zdaniem Łagowskiego, jest swoistą mieszanką idei kapitalistycznych, dążeń demokratycznych i radykalnego odrzucenia ustroju socjalistycznego, a mieszanka ta nijak ma się do realnej historii kraju, a co gorsza nie przystaje wcale do wyzwań współczesnego świata.
W swoich pismach Łagowskiego prezentuje duży krytycyzm w stosunku zarówno do narracji najnowszej historii Polski jak i do współczesnych działań rozgrywających się na krajowej scenie politycznej. Łagowski prowadzi analizę tych zjawisk w języku post-solidarnościowym w tym znaczeniu, że do ruchu Solidarności często się odnosi. W książce przeczytamy wiele uwag o dekomunizacji, uwagi o stosunkach polsko-amerykańskich, działaniach największych partii politycznych, uwagi o pracy Instytutu Pamięci Narodowej… Łagowski bardzo krytycznie ustosunkowuje się do tych wszystkich tematów.
Łagowski o sztuce i kulturze
Jest w książce interesujący esej „O kulturze” z 2002 roku, w którym Łagowski analizuje różnice między sztuką popularną i tak zwaną „współczesną sztuką wysoką”. Bardzo słusznie zwraca autor uwagę, że we współczesnej sztuce elitarnej mamy do czynienia w znacznym stopniu po prostu z wulgaryzacją, jakiej nie zniosłaby po prostu sztuka masowa. W większym stopniu z wulgaryzacją niż z jakąkolwiek bardziej wyszukaną treścią. Tego nie wypunktował wcześniej nikt tak wyraźnie jak Łagowski, choć wielu obserwatorów zwracało uwagę na marną jakość współczesnej sztuki wysokiej. Łagowski pisze:
‘Elitarne’ w naszych czasach nie oznacza zawsze czegoś doskonalszego, lepszego, piękniejszego czy głębszego, lecz odnosi się do specjalnych pretensji sięgania po wymyślne treści, które mogą być w takim stopniu wulgarne i obsceniczne, że w kulturze masowej nie mogłyby być zaakceptowane .
Spostrzeżenie to jest o tyle ważne, że ujawnia mechanizmy działania sztuki współczesnej – to, co jest nieakceptowane przez większość, sprzedawane jest jako „elitarne”, jako sztuka „krytyczna”, „intelektualnie zaangażowana”, czy wreszcie „wysoka”. Co szczególnie zadziwiające, panuje niezwerbalizowane przekonanie, że elity (czyli ci samozwańczy, domniemani odbiorcy „sztuki wysokiej”) mają wrodzony, wewnętrzny zmysł, który chroni ich przed wpływem wulgaryzmów, demoralizacji i zepsucia zwyczajów. Czy tak faktycznie jest: oczywiście nie, szczególnie, że dziś za przedstawiciela elity intelektualnej uważa się niemal każdy.
Subsydiować czy nie subsydiować?
Nieszczęśliwie, ponieważ niekonstruktywnie, cały publiczny dyskurs wokół tego jak powinna wyglądać współczesna sztuka lub gdzie są granice dobrego smaku, ociera się o fałszywie rozumianą wolność. Fałsz ten polega na utożsamieniu krytyki z cenzurą i pomijaniu w przekazie medialnym istotnych informacji na temat tego, kto jest fundatorem działań artystycznych. Jeśli już żyjemy w ustalonym ustroju i instytucje państwowe czują się predystynowane do subsydiowania działalności twórczej, to wydaje się, że prawo rynku nakazuje uwzględnienie woli zamawiającego. Praktycznie pod taką wolą kryje się regulamin finansowania działań artystycznych bądź wyrażone przez społeczeństwo oczekiwanie co do zamówionego produktu. Fałszywą perspektywę przyjmują wszyscy ci, którzy twierdzą, że wszelkie działania artystyczne powinny być dofinansowywane z kieszeni podatnika, a co gorsze, że nie przekazanie tych środków równoznaczne jest z cenzurowaniem sztuki. Zważmy, że przecież subsydiowanie jest sferą przywilejów, cenzurowanie zaś – sferą praw. Bardzo słusznie – w myśl pism samego Łagowskiego – pisze o tym Milton Friedman: „„Skoro wydaje on [rząd] pieniądze podatnika, ma prawo i obowiązek troszczyć się o to, co za nie otrzymuje. Kto płaci, ma prawo wymagać” .
Samo misjonarsko-opiekuńcze podejście państwa do sztuki jest naiwnie heroiczne, a ponadto sprzeciwia się zasadnie wolnego wyboru (dokładnie: wolnej konkurencji), będąc tym samym źródłem ukrytej przemocy intelektualnej. Dopuszczają się jej przede wszystkim grupy polityczne, lobby, ludzie i organizacje powołane do istnienia w celu wychowania przyszłego obywatela lub projektowania postaw społecznych. Cierpi na tym przede wszystkim środowisko intelektualne, czyli ludzie posiadający kompetencje i wolę do samodzielnego decydowania o tym, jaką sztukę chcę oglądać. Jeśli zaś chodzi o resztę, to nieuczciwe wydaje się wmawianie im, że „świat sztuki” jest ich żywotnym interesem. Ten, kto nie jest zainteresowany sztuką, nie ingeruje w nią. Łagowski nie wnika w szczegóły relacji między sztuką a wolnym rynkiem, ale kończy swój wywód bardzo podobnie: choć w dzisiejszym ustroju i systemie podatkowym każdy płaci za sztukę, to nie każdy jest jej odbiorcą, a ten kto płaci – ma prawo wymagać. I nie ma to nic wspólnego z cenzurą.
Dalej rozwija swoją myśl Łagowski: Kiedy pisarze i artyści dawnych wieków oczekiwali zapłaty od możnych, a w XIX wieku już żądali subsydiów od państwa, powoływali się na to, że sztuka uszlachetnia człowieka. Czy dziś artysta mógłby wygłosić taki pogląd, nie narażając się na śmieszność . Oczywiście nie mógłby – współczesna sztuka, choć często sięga po argumenty swojego „demistyfikującego” wpływu na rzeczywistość – przestała już poczuwać się do czynienia świata lepszym. Skąd ta rezygnacja? A choćby z zewsząd otaczającego nas relatywizmu kulturowego. Tu dobrze komponują się też klasyczne uwagi o końcu sztuki zaczerpnięte z filozofii dziejów: cel sztuki został już osiągnięty, jej język już się zużył. Taka konserwatywna postawa sprzeciwia się to optymistycznym poglądom przedstawicieli współczesnego Art World`u, którzy upatrują w zjawisku relatywizacji szczęśliwego uwolnienia sztuki, ale jak pisze Łagowski: Wolność od cenzury zbiega się z wolnością od reguł estetycznych i te dwie wolności uczyniły kulturę „wyższą” zjawiskiem bez większego znaczenia [por. artykuł: „Wolność płodna i bezpłodna”].
Do argumentów prezentowanych przez Łagowskiego sięgają od lat filozofowie wolnego rynku, by uzasadnić potrzebę odcięcia działań artystów od subsydiów państwowych. Sam Łagowski utrzymuje możliwość czy też konieczność finansowania sztuki ze środków publicznych, podkreślając jednak wyraźnie, że nie będzie to sztuka wszelkiego rodzaju, ponieważ wykonana ona ma być z uwzględnieniem potrzeb społecznych. Czytamy dalej: …nie zostało nigdy wyjaśnione, dlatego ten pogardzany i wyrafinowanie ośmieszany przeciętny człowiek miałby do tego wszystkiego masochistycznie dopłacać jako podatnik? Uwaga taka wystosowywana przez wielu przedstawicieli środowisk społecznych i politycznych przeszkadza „art-biznesowi”, który z tych subsydiów się utrzymuje. Wokół tego środowiska powstała dziwna retoryka, zgodnie z którą nie dać czegoś, to tyle co odebrać, zgodnie z którą przywilej raz dany staje się prawem, itd. A poglądy o błędnym kole subsydiów państwowych nie są nowym wynalazkiem – Łagowski przypomina w swojej książce spór między Bastiatem a Lamartinem, w którym ten pierwszy przestrzegał: jeśli rząd zacznie subsydiować teatry, to będzie musiał dopłacać też do górnictwa, hutnictwa i rolnictwa! Dziś to pogląd praktycznie niespotykany.
Co w szkolnictwie wyższym?
Pisma Łagowskiego w wielu punktach trafiają w sedno problemu – pisze on esencjalnie, wiele z jego zdań to tezy, które mogłyby się stać przedmiotami kolejnych, szerszych artykułów. Do takich uwag należy na przykład refleksja na temat kształcenia humanistycznego w szkołach średnich: …młodzież nie dopiero na studiach humanistycznych, lecz już w liceum jest przyzwyczajana do intelektualnej nieodpowiedzialności, już tam nabywa przekonania, że wtajemniczenie w wyższe rejony ducha uzyskuje się za pomocą wysiłkowej werbalistyki – pisze Łagowski w eseju „Degrengolada szkolnej humanistyki”. Dodaje zaraz: Rzecz w tym, że myśli się jedynie wówczas, gdy unika się błędów . Autor trafia w sedno problemu i bardzo dobrze charakteryzuje ogólne zjawisko systematycznego obniżania się poziomu nauczania humanistycznego w Polsce. Obserwujemy to już od wielu lat nie tylko w postaci zmniejszenia ogólnego zasobu wiedzy, ale także w: braku dojrzałości obywatelskiej, podstawowej umiejętności łączenia przyczyn i następstw, ogólnemu paraliżowi spowodowanego nakazami wszędobylskiej poprawności politycznej mającej pierwszeństwo nad zdrowym rozsądkiem, prawdą, i przede wszystkim podstawowym celem nauki. To wszystko sprawia, że w wielu ośrodkach akademickich ideologia szerzy się jak najgroźniejsza zaraza i nie ma sposobu, by z nią walczyć. Przykładem wdrażania takiej ideologii jest zmuszanie instytucji świata nauki do wprowadzania wszelkiego rodzaju parytetów płciowych, rasowych czy wyznaniowych, w wyniku czego instytucje te przestają ze sobą konkurować w wiedzy, odkryciach czy patentach, a stają się zniewolonymi, uciążliwymi dla budżetu państwa pomnikami ideologii początku XXI wieku. Przykładem takich działań jest projekt „Genera” finansowany ze środków Horyzonty 2020 zmierzający do upowszechnienia i wdrożenia parytetów płciowych w fizyce .
Sam Łagowski rezygnuje z przytaczania szczegółowych przykładów, ale należy chyba przypomnieć, że fizycy zatrudniani są na swoich stanowiskach z przyczyn dalekich od problemów parytetowych i płciowych. Niestety Nie ma siły, która byłaby w stanie skutecznie przeciwdziałać niebywałemu obniżeniu się poziomu kształcenia na wszystkich wydziałach nauk społecznych i humanistycznych, o ile jednak źle wykształcony teatrolog, filmolog, archeolog czy filozof nie spowoduje swoją ignorancją i niedojrzałością praktycznie żadnej przewidywalnej szkody, to prawnik przeciwnie, może wyrządzić społeczeństwu dużo zła .
Zjawisko takie łączy się też z ogromną i nieproporcjonalną do dawnych pokoleń niedojrzałością młodych ludzi, którym brak sił do samodzielnego pokierowania swoim życiem. Jest wolność, ale brak ludzi, którzy z tej wolności skorzystają… Trafnie skomentować to można słowami Millsa, który pisał: […] dzisiaj stało się jasne dla nas, że w sposób naturalny wszyscy ludzie nie chcą być wolni; że wszyscy ludzie nie chcą albo nie są zdolni, co się może zdarzyć, do wytężenia swych sił, aby posiąść rozum, którego wymaga wolność .
Łagowskiego interesują najbardziej charakterystyczne zmiany współczesnego świata, które dotykają duchowości człowieka i podważają tradycyjne, trwałe i zobiektywizowane wartości cywilizacyjne. Zmiany te jednym słowem nazywa autor anomią: …anomia, czyli rozpad więzi społecznych, upadek norm, zanik zdolności rozróżniania tego, co w życiu społecznym słuszne, od tego, co niesłuszne . Za tą definicją pojęcia idzie też dalsza charakterystyka. Łagowski łączy opis mentalności współczesnego człowieka z dominującą logokracją – władzą sprawowaną za pomocą słowa. Przypomina się krytyka współczesnego szkolnictwa wyższego:
Dla ludzi wychowanych w werbalizmie akademickim i medialnym rzeczywistością społeczną jest tylko to, co jest obficie nazwane, przeniesione w domenę słów albo wprost wykreowane słownie .
Wolność, cenzura, demokracja…
Łagowski często wraca do zagadnienia wolności jako problemu politycznego i gospodarczego. Wolność nie jest dla niego pustym pojęciem lub fikcją, przeciwnie – czytając prace Łagowskiego dowiadujemy się bardzo dokładnie, co znaczy to klasyczne pojęcie. Przy tym autor wielokrotnie demaskuje wkradające się w przestrzeń publiczną mity na temat wolności i wolnego rynku. W eseju „Liberalizm? Źle się kojarzy” pisze za J.B. Sayem, że trzeba koniecznie rozróżnić zasady tworzenia bogactwa narodowego od zasad dobrego ustroju politycznego, bo w zasadzie bogactwo nie zależy od urządzeń politycznych. Porządkuje też myślenie o prawach i przywilejach, wyraźnie podkreślając, że:
Przyzwyczailiśmy się do demagogicznego poglądu, że demokracja i prawa socjalne, jakie ona przyniosła, są niezbędnym warunkiem dobrobytu. Prawdą jest raczej przeciwieństwo tego twierdzenia. […] Chcę przez to powiedzieć rzecz oczywistą, że prawa socjalne są skutkiem wytworzonego bogactwa, a nie przyczyną .
Istnieją też w książce Bronisława Łagowskiego wątki zastanawiające dla mnie. Takimi dwoma tematami są rola cenzury w państwie oraz kwestia prawa do eutanazji. W sprawie cenzury państwowej pisze autor następujące słowa: W społeczeństwach egalitarnych, gdzie wszyscy są mniej więcej jednakowo kulturalni albo niekulturalni, chodzą do takich samych szkół i takich samych uniwersytetów, cenzura sensu nie ma; wszyscy wiedzą mniej więcej to samo. Natomiast w społeczeństwach wyraźnie hierarchicznych, zróżnicowanych, między innymi pod względem wtajemniczenia w wyższą kulturę cenzura czy to jako wyodrębniona instytucja, czy uprawnienie takiej lub innej władzy, narzuca się jako rozwiązanie naturalne… . Pytania jakie rodzą się w trakcie analizy tych słów brzmią: jaka jest faktyczna funkcja cenzury? Jaka jest podstawa dla jej działania w społeczeństwie egalitarnym i zhierarchizowanym? Na czym polega różnica? Czy nie jest po prostu tak, że cenzura, niezależnie od systemy i struktury społeczeństwa, działań ma hamująco na zmiany i zabezpieczać ustalony system prawa i wartości? Cenzura ma po prostu działanie konserwujące, niezależnie od tego jaka zasada ma być zachowana. Być może autorowi w przypadku społeczeństwa egalitarnego chodziło o to, że podobne jednostki nie będą różniły się w odczuwaniu odnośnie tego co jest a co nie jest naruszeniem dobrego zwyczaju. Zwróćmy jednak uwagę na to, że do rozumienia tego czym jest dobry zwyczaj nie jest potrzebny cenzor. Naruszanie tego zwyczaju w znaczącej ilości wypadków jest działaniem celowym, prowokacyjnym i nastawionym na uzyskanie wcześniej przewidzianych rezultatów. Ma to miejsce przede wszystkim w przestrzeni działań artystycznych jak happeningi, instalacje, teatr itd. Zarówno w społeczeństwie egalitarnym jak i zhierarchizowanym ludzie dość dobrze znają swoje zwyczaje, a o naruszeniu dobrego zwyczaju powinien decydować sąd post factum. To bardzo ważna różnica między sądem a cenzorem: sąd nigdy nie zablokuje wolności słowa i wypowiedzi, a cenzor realnie ogranicza wolność słowa.
Wątki dyskusyjne: eutanazja
Drugim zagadnieniem, które budzi moje wątpliwości, jest rozumowanie dotyczące prawa do eutanazji (ss. 297-300). Po pierwsze autor z prawa do godnej śmierci wnioskuje o prawie wyboru czasu śmierci. Nie sądzę, by te dwa elementy faktycznie łączyły się ze sobą. We współczesnym świecie, tak jak ja go rozumiem, prawo do godnej śmierci polega przede wszystkim na tym, że nikt nie umiera na ulicy lub z głodu. Jestem przekonana, że do tego powinniśmy kwestię godności ograniczyć.
Jeśli, tak jak chciałby autor, prawo do godnej śmierci oznacza prawo do wyboru czasu śmierci, to obowiązkiem społeczeństwa i prawodawcy jest umożliwić mu taką śmierć. Czy wykonanie eutanazji jest naszym obowiązkiem? Nie sądzę – a więc może nie jest to rzeczywiście prawo? Jest jedno prawo, jak sądzę, które posiada każdy świadomy człowiek, a które nie angażuje moralnie nikogo: to prawo do samobójstwa. Jest to coś w rodzaju prawa naturalnego.
O samobójstwie pisze autor podobnie w innym miejscu: Projektujemy społeczeństwo bez rzucających się pod pociąg, bez wisielców, topielców, bez wyskakujących przez okno z dziesiątego piętra . Łagowski pisze do zdanie dokładnie w kontekście rozważań o eutanazji. Sam zamysł „projektowania” społeczeństwa budzi we mnie pejoratywne odczucia, chociaż jest oczywiście faktem i nie może stanowić zarzutu wobec autora. Problematyczny jest, w moim przekonaniu, argument o wisielcach, topielcach i innych, których można nazwać po prostu samobójcami. Cała ta grupa to nie są podmioty żadnej eutanazji, samobójcy nie zgłaszają się do szpitali z wnioskiem o przeprowadzenie eutanazji. A nawet, jeśli eutanazja byłaby legalna, żaden lekarz nie przeprowadziłby tego zabiegu na osobie, która na przykład cierpi na depresję lub jest pod wpływem środków psychoaktywnych.
Jeśli podtrzymujemy najwyższą wartość ludzkiego życia (czego autor oczywiście nie musi robić), to nie wolno nam relatywizować tej wartości do warunków życia. Natomiast Łagowski pisze: Anachronizmem w naszych czasach jest obrona życia za wszelką cenę, niezależnie od jego jakości. Konsekwentne stosowanie zasady obrony życia jest niemożliwe. Gdyby istniał absolutny zakaz narażania życia – kto chroniłby słabych, kto broniłby zagrożonych przez agresję złych sił? . Uważam, że wywód ten mija się z prawdą: człowiek ryzykujący życie dla kogoś w niebezpieczeństwie, to nie głupiec, tylko osoba, która działa w celu zachowania każdego życia. Człowiek skaczący do rzeki by uratować dziecko, to człowiek, który nie chce utonąć. Bohaterstwo takiego człowieka nie polega na podjęciu ryzyka w związku z lekceważeniem wartości swojego życia (co sugeruje autor), ale na uznaniu i potwierdzeniu wartości życia w ogóle. Autor pisze też, że – przypomnę – anachronizmem w naszych czasach jest obrona życia za wszelką cenę. W odpowiedzi na to pytam tylko: kiedy było tak, że broniliśmy życia za wszelką cenę? Które to były czasy?
Ostatecznie w rozważaniu Łagowskiego o eutanazji zastanawia mnie także nazywanie śmierci ze starości ze względu na naturalne towarzyszące jej doznania (choroby starcze, brak pamięci, bóle, niedołężność) śmiercią „zwierzęcą” lub „śmiercią w poniżeniu”. Należy zagadnienia te dyskutować nieustannie i poprawiać życie ludzi, ale trzeba także zawsze pamiętać, że nic, co jest stanem naturalnym, nie jest poniżające lub niesprawiedliwe.
Książka Bronisława Łagowskiego jest przykładem książki inspirującej. Autorowi udaje się zaangażować czytelnika i skupić jego uwagę na analizowanych kwestiach. W jego pismach problemy odzyskują swoją ważność, czytelnik czuje się ponaglony do przemyślenia, wyciągnięcia wniosków i podjęcia decyzji. Łagowski pomaga zweryfikować własne poglądy, pomaga zauważyć wiele zjawisk ważnych dla świata kultury i polityki i ocenić je. Pisze wprost, krytycznie, jednoznacznie, nie wikła się w metafory i przenośnie, pozostaje filozofem niezależnym.

February 24, 2019

Mirosław Matyja

Profesor w Polish University Abroad PUNO w Londynie, w którym kieruje Zakładem Kultury Politycznej i Badań nad Emigracją.

Doktor nauk społecznych w dyscyplinie nauka o polityce na Uniwersytecie Marii Curie-Sklodowskiej w Lublinie (2016 r.), nauk filozoficznych w Polish University Abroad PUNO w Londynie (2012 r.) i nauk ekonomiczno-społecznych na Uniwersytecie we Fryburgu w Szwajcarii (1997 r.). Autor i współautor 14 książek i około 200 artykułów naukowych i popularnonaukowych.

Zob. więcej: http://matyja.edu.pl/#home

Profesor Mirosław Matyja w swojej najnowszej publikacji «nazywa rzeczy po imieniu», podając konkretne przyczyny nieudolnosci funkcjonowania państwa polskiego. Autor przedstawia jednocześnie pragmatyczne sposoby uzdrowienia chorego systemu politycznego w Polsce, a to dzięki wprowadzeniu wybranych instrumentów demokracji oddolnej na wzór szwajcarski: referendum, inicjatywy obywatelskiej i weta obywatelskiego. Niniejsza książka analizuje namiastki demokracji bezpośredniej w III Rzeczpospolitej, a więc tego typu demokracji, w której rzeczywistym suwerenem powinien być obywatel. Celem publikacji jest pokazanie Czytelnikowi, że demokracja oddolna w Polsce jest niestety fikcją i w praktyce jest sterowana odgórnie. Monografia powinna pomóc Czytelnikowi w zrozumieniu złożonej problematyki ciągle jeszcze młodej polskiej (semi)demokracji, i odpowiedzieć na coraz częściej zadawane pytanie: co i jak należałoby zmienić w ramach polskiego systemu politycznego, aby obywatele stali się jego rzeczywistym suwerenem? (fragment recenzji)

February 22, 2019 – Wspominając Akademię

Książka Akademia we wspomnieniach. Napisane, wysłuchane, zapisane to artystyczno-filozoficzna podróż po jednym z najciekawszych okresów historii Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Dla jej autorów stało się ważne, by w pół literackiej i wspomnieniowej, a pół dokumentalnej formie, wprowadzić nas w mury tej znakomitej polskiej uczelni nieco ukrytymi drzwiami. Przez tajemne drzwi dochodzimy do tego, co w Akademii działo się poza wzrokiem publiczności, śledzimy osobiste losy wykładowców, artystów i studentów, ich heroizm w okresie okupacji i powojenną walkę o odzyskanie wolności dla Polski, Akademii i sztuki. O tych sprawach na tle osobistych doświadczeń życiowych opowiadają między innymi Paweł Taranczewski, Jan Marcin Szancer, Hanna Rudzka‐Cybis, Janina Kraupe, Andrzej Wajda, Józef Lucjan Ząbkowski, Bronisław Chromy czy Marta Stebnicka‐Kern.

W Akademii we wspomnieniach… zawarto świadectwa wcześniej niepublikowane, przedstawiono od wnętrza pulsujące artystyczne życie Krakowa, w którym przejawia się zarówno ówczesna idea i filozofia sztuki, jak i Polski, a rzekło by się nawet narodowy, charakter Akademii. Bez wątpienia bowiem nie sposób mówić o sztuce polskiej, pomijając doniosły wkład, jaki w jej istnie i formę wniosła działalność dydaktyczna i artystyczna krakowskiej Akademii. Z tej książki nie tylko dowiemy się, ale będziemy mieli okazję odczuć, czym faktycznie był i jak przejawiał się wpływ kapistów, ekspresjonistów, dlaczego powstała Grupa Krakowska, i dlaczego dzisiejsza Akademia nie wyparła się historii Kunstgewerbeschule.

To co zawsze będzie nas urzekać i będzie budziło nasz nieskrywany podziw, to niezerwana nić wiążąca pokolenia mistrzów i uczniów, rzeczywiście istniejąca historia artystów-kapłanów sztuki, z pokolenia na pokolenie zmagających się z materią i formą, z celem i przyczyną sztuki.

February 12, 2018 – John Glubb: Cykl życia imperium

Książka Johna Glubba bardzo dobrze komponuje się z dziełem „Bogactwo i nędza narodów” Davida Landesa. Wprawdzie „Cykl życia imperium” jako dzieło historyczne nie może konkurować ze studium Landesa, ale filozoficznie książki te doskonale się uzupełniają. „Cykl życia imperium” to książka explicite filozoficzna w tym znaczeniu, że proponująca wprost metodę opisu dziejów człowieka (taka filozofia dziejów, zupełnie w heglowskim sensie).
Glubb uważa, że imperia (w przybliżeniu) istnieją zawsze ok. 250 lat (25 pokoleń), a to ich istnienie można podzielić zawsze na pięć etapów: zryw (etap pionierski), faza rozwoju gospodarki, faza obfitości, faza intelektu i dekadencja (faza schyłku). Czy miał rację? Będziemy o tym dyskutować na zajęciach z filozofii.

Coś z Glubba?:
Bohaterowie czasów upadku są zawsze podobni – sportowcy, śpiewacy lub aktorzy. Współczesne słowo <celebryta> jest używane wobec komika lub piłkarza, ale nie wobec polityka, wojskowego lub wspaniałego pisarza (s. 55).

Książkę można pobrać i przeczytać za darmo na stronie www PAFERE. Zachęcam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to:
search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close